3 mar 2017

6. Zatrzymać czas

Vivian






Nawet nie wiem, kiedy zasnęłam.
Budzę się mniej więcej po pierwszej, a w głowie czuję tępy ból. Leżę tak przez chwilę w bezruchu i odtwarzam w myślach wydarzenia z poprzedniego wieczoru. Jednak nieważne ile razy nie myślałabym o tym, nic nie ma dla mnie sensu, a już bardziej wiadomość o pogrzebie Jeffa. Przedawnienie sprawy to jedno, ale jak jego rodzice mogli tak po prostu odpuścić po zaledwie ośmiu latach?! Ludzie przecież odnajdują się po dłuższym czasie! Może miał wypadek i stracił pamięć, dlatego nie jest w stanie wrócić do domu i potrzebuje kogoś, kto go znajdzie. Może...!
Odwracam się gwałtownie na lewy bok i przyciskam twarz do zimnej strony poduszki. Tłumię nią krzyk, który przedziera się przez moje gardło jak żarzące ostrze.
Jak mogli się poddać? – myślę. Jeff to ich jedyne dziecko i osoba, która w przeciwieństwie do nich, nikogo by nie opuściła bez względu na okoliczności. Był gotów porzucić swoje marzenia, byle by zająć się w przyszłości ich durną firmą, którą tak cenią!
A teraz wszystko tak po prostu odrzucają? Całą nadzieję, którą karmili wszystkich dookoła?
Policja robi wszystko, co w swojej mocy. Wciąż szukamy naszego syna. Wierzymy, że pewnego dnia do nas wróci.
Pieprzenie.
Odruchowo odgarniam włosy z twarzy. 
A co jeśli zostałam mu tylko ja? Moje serce momentalnie zaczyna bić jak szalone. Na dłoniach wyczuwam zimny pot, który wycieram nerwowo o spodnie. Może sama powinnam go odszukać?
Zastanawiam się nad tym irracjonalnym pomysłem, który zaszczepił się w mojej głowie zupełnie przypadkowo, jednak im dłużej się nad nim zastanawiam, dochodzę do wniosku, że jego niedorzeczność w obecnej sytuacji jest mało istotna, a nawet nieważna. Cholera! To jedyna szansa, by cokolwiek zrobić. Jednak sama nie dam sobie rady.
Zaciskam mocno pięści. Z jego pomocą mogłoby się udać; wszystko zależy od tego, czy się zgodzi, ale nie mam co do tego większych wątpliwości. Ten pomysł to moja ostatnia nadzieja. Chwytam się jej kurczowo i nie puszczam.
– Czy inni naprawdę się już poddali...? – pytam cicho w ciemną przestrzeń.

Rano, gdy wstaję, nie ma nikogo w domu prócz pracowników. Rodzice najwyraźniej zostali na noc w firmie. Ciekawe, co tym razem ich zatrzymało.
Wsiadam do samochodu.
– Ciężka noc? – Głos Wesa wydaje się dziwnie cichy, jakby jego słowa wypowiadane były zza grubej szyby. Może po prostu nie mogę się dziś na niczym skupić?
Nie udzielam mu żadnej odpowiedzi, a on nie wygląda na szczególnie zainteresowanego moim zmęczeniem. I dobrze, bo lepiej jest przechodzić od razu do rzeczy, bez zbędnego owijania w bawełnę.
– Mam interes.
Widzę w przednim lusterku, jak uśmiecha się kącikiem ust.
– Zależy, czy opłacalny.
– Nic na nim nie stracisz. Możesz jedynie zyskać.
– Zamieniam się w słuch.
Nabieram powietrza i wbijam wzrok w ośnieżone dachy domów, które mijamy, jadąc niespiesznie niemal pustą Sunset Lane.
– Chcę odnaleźć Jeffreya Cantone i proponuję ci korzystny układ. Przedstawisz mnie komu trzeba z twojego szemranego świata, trzymasz język za zębami i dalej wykonujesz swoją pracę, a ja oczywiście zapłacę ci odpowiednią kwotę.
Przez chwilę milczy, jakby zastanawiał się nad moimi słowami. Długo nad tym myślałam i nie ma opcji, by odmówił; na pierwszy rzut oka widać, że potrzebuje pieniędzy. Co więc go powstrzymuje?
– Zamiast kasy – odzywa się spokojnie – będziesz miała u mnie dług wdzięczności, który spłacisz, gdy nadejdzie odpowiedni moment.
– Czyli jaki? – pytam zupełnie zdezorientowana, bo nie spodziewałam się takiej odpowiedzi.
– Sytuacji, gdy będę potrzebował przysługi.
– Nie lubisz prosić o pomoc, prawda? – Uśmiecham się krzywo. – Wolisz, gdy inni cię o coś błagają.
Nasze spojrzenia spotykają się w odbiciu lusterka.
– Tak samo jak ty.
Gdy wchodzę do budynku pełnego studentów, otrzymuję wiadomość od Sam, czy nie wpadłabym dziś do niej po zajęciach. Odpisuję szybko i chowam telefon do skórzanej, beżowej torebki, którą kupiłam niemal dwa lata temu na wakacjach. Bardzo mi się spodobała i od tamtej pory noszę ją ze sobą niemal cały czas. Na dnie wyczuwam zimną krawędź aparatu. Przypominam sobie, że ostatnio nie robiłam żadnych zdjęć.
Ściskam mocniej pasek torebki i wchodzę do sali wykładowej. Na miejscu jest już dość spory tłok studentów, których twarze wydają mi się jednocześnie znajome jak i obce. Wśród nich dostrzegam jedynie jedną osobę, z którą mogę zamienić kilka zdań bez większej irytacji.
– Jak tam, Colin? – rzucam wesoło i siadam obok chłopaka, który zawzięcie skrobie coś w notesie.
Podnosi na mnie wzrok i uśmiecha się szeroko, ukazując dołeczki w policzkach, które przyprawiają Sam o palpitacje serca. Nie mogę się z nią nie zgodzić, Colin wygląda z nimi uroczo.
– Kogo my tu mamy! Królowa śniegu we własnej osobie.
– Prosisz się o śmierć? – mówię monotonnym głosem, który nijak przypomina groźbę.
Colin udaje skruszonego, lecz już po chwili na jego twarzy pojawia się tajemniczy uśmieszek. Poprawia grzywkę opadającą mu na czoło i nachyla się do mnie.
– Widziałem, jak wysiadałaś dziś z samochodu z jakimś młodym facetem. Wreszcie sobie kogoś znalazłaś?
– Nie wyobrażaj sobie za dużo, to jedynie... szofer.
– Szofer? – Unosi ironicznie brew.
– Dobra, ochroniarz. – Wzdycham. – Ale nie musisz nikomu o tym mówić, nie lubię plotek.
– Hm, zastanowię się.
Przewracam oczami w myślach i kiedy do sali wchodzi spóźniony wykładowca, milkniemy na całą godzinę.
– Vivian.
Odwracam się na dźwięk głosu Colina, gdy miałam już wychodzić.
– Słyszałem o Jeffreyu... Wiem, że był dla ciebie ważny – mówi niezdarnie, co jest do niego kompletnie niepodobne. Jedyna osobą, którą znam, i która nigdy nie traci rezonu to tylko Colin. – Przykro mi.
Nie wiem co odpowiedzieć, więc po prostu kiwam delikatnie głową i pozwalam, by towarzyszył mi w milczeniu aż do parteru. Tam nasze drogi się rozchodzą i żegnamy się jak dobrzy znajomi od wielu lat.
Kieruję się w stronę automatu i kupuję pierwszą lepszą kawę, bo mam wrażenie, jakby opadły ze mnie wszystkie siły i potrzebuję czegoś, co pomoże stanąć mi na nogi.
Siadam na ławce i wyciągam aparat. Przeglądam pospiesznie najnowsze zdjęcia i zatrzymuję się na tych sprzed paru lat. W większości są to fotografię zrobione podczas wakacji i ferii, kiedy na spacerach starałam się uchwycić wszystko, co tylko uznałam za godne uwagi oraz to, co dla innych mogłoby wydawać się śmieciem lub nieistotną rzeczą, którą codziennie mijają w nieustannym pędzie. Razem z Jeffem staraliśmy się nadać znaczenie czemuś, co zostało zapomniane i porzucone, bawić się otaczającym nas światem i odkrywać go na wszelakie sposoby. Wcześniej tego nie rozumiałam, robiłam po prostu co chciałam, dopiero po latach odkryłam sens tego wszystkiego.
Czuję uścisk w gardle, widząc zdjęcie przedstawiające Jeffa. Jest jedyne w swoim rodzaju, gdyż po raz pierwszy udało mi się je zrobić w chwili, kiedy był nieuważny, dzięki czemu mogłam pochwycić jego prawdziwe oblicze – zwyczajne i z wadami, a jednocześnie przejmująco piękne.

– Uważasz, że jestem dziwna?
Jeff siedzi na huśtawce bujając się delikatnie w przód i w tył. Jego nogi szurają o ziemię.
– Dlaczego tak myślisz? – pyta, nie odwracając twarzy w moją stronę.
Wbijam wzrok w swoje granatowe baletki.
– Odkąd pamiętam, do mojego domu przychodzą różni lekarze i zadają mi mnóstwo pytań. Rodzice mówią, że jestem po prostu inna od reszty dzieci i to wcale nic złego, jednak sami traktują mnie inaczej niż kiedyś mojego brata. Są... – przerywam na moment, próbując znaleźć odpowiednie słowa – zbyt mili i ostrożni. Wiem, brzmi to śmiesznie, ale mam wrażenie, że boją się mnie rozzłościć. Nigdy nie dostałam za nic kary, ani nigdy nie podnieśli na mnie głosu, jakbym była porcelanową lalką. – Spoglądam na niego z ukosa. – Na dodatek nie mam żadnych przyjaciół prócz ciebie.
– Ja też nie mam innych przyjaciół. Reszta zadaje się ze mną, dlatego że tak jest dla nich wygodnie. – Uśmiecha się. – Czy to znaczy, że też jestem dziwny?
– Nie o to mi chodzi...
– Jesteśmy tacy sami, Vi. W niczym się nie różnimy. – Napotykam jego spojrzenie, w którym nie dostrzegam cienia fałszu. Jest zadziwiająco szczere i pełne charyzmy, jaką zwykł wokół siebie roztaczać. – Nawet mamy alergię na to samo.
Nie mogę powstrzymać krótkiego śmiechu.
– To, że traktują cię inaczej, nie znaczy, że cię nie kochają. Myślą, że to wszystko dla twojego dobra – mówi spokojnie. – Dorośli nie próbują nas zrozumieć, a sami przecież byli kiedyś dziećmi. Jeśli mam tak po prostu o tym wszystkich zapomnieć, to wolę nigdy nie stać się dorosłym.
– Nie chcesz zarabiać pieniędzy i założyć rodziny? – Unoszę brwi do góry.
Długo nie odpowiada, błądząc wzrokiem po błękitnym niebie. Ręce położył swobodnie na nogach. W jego postawie zauważam pewien smutek i żal.
– Nie chcę przestać marzyć. – Uśmiecha się słabo. – Chciałbym już na zawsze pozostać na tym placu zabaw i bawić się razem z tobą.
– Dziękuję.
Odwraca twarz w moją stronę z pytającym spojrzeniem.
– Za wszystko – wyjaśniam, jednak nic nie może wyrazić mojej wdzięczności za jego pełne otuchy słowa.
Nie jestem inna. Nie dla Jeffa.
Wstaję z huśtawki i wyciągam z plecaka swój aparat, który dostałam na dziesiąte urodziny. Staję naprzeciw Jeffa i robię zdjęcie.
– Co robisz? – Nieprzygotowany na nagły atak, zbyt późno próbuje się osłonić przed aparatem.
– Sprawiam, byś nigdy nie zapomniał o swoich marzeniach. Jednak jeśli tak się stanie, zdjęcie ci o nich przypomni, prawda? O małym Jeffie, który chciał podróżować po świecie.
– Tylko nie małym! – Robi się czerwony ze złości. – Ostatnio sporo urosłem!
– Może z pół centymetra – śmieję się.
– Niedługo cię przerosnę i zobaczymy, kto się będzie śmiał. – Próbuje mi wyrwać aparat z ręki, jednak szybko mu umykam, robiąc kolejne zdjęcia, które mogłyby zniszczyć jego reputację klasowego księcia.
– Przyjmuję wyzwanie – mówię pewnym głosem i daję mu aparat, a on w mig wszystko usuwa. Jednak gdy z powrotem dostaję swoją własność, zauważam, że zostawił jedno ze zdjęć, które mu zrobiłam.
– Mówiłaś, że dzięki niemu nie zapomnę. – Uśmiecha się krzywo, po czym próbuje przybrać niewzruszoną minę.
– To ty sam mi kiedyś powiedziałeś, że zdjęcia mają ogromną moc, bo mogą zatrzymać czas.
– Niby tak. – Wzrusza ramionami. – Mój dziadek zawsze to powtarzał, jednak nie uważasz, że to głupie?
– Nie – odpowiadam i obejmuję go ramieniem, po czym wyciągam rękę z aparatem przed siebie. – Uśmiech! – wołam, a po chwili jasny błysk oślepia nasze oczy.
Nawet jeśli zdjęcia zawiodą, będę przy nim, by nigdy nie zapomniał kim jest.

Ale czy zdołam dotrzymać tę obietnicę?


*


– Dlaczego akurat studia prawnicze?
Podnoszę wzrok na Wesa, który nie spuszcza ze mnie ciekawskiego spojrzenia, raz po raz zerkając na innych studentów, którzy opuszczają budynek. Podchodzę do niego bliżej i tak jak on opieram się o metalowe ogrodzenie przy parkingu. W ręce nadal trzymam plastikowy kubek z kawą.
Widocznie zadawanie zbędnych pytań leży już w jego naturze, jednak nadzwyczajnie teraz mi to nie przeszkadza. Może trywialna rozmowa zapełni moje myśli i zapomnę na chwilę o innych sprawach.
– Zwyczajnie interesuję się prawem.
– Kręcą cię akty prawne?
– Niezupełnie. – Przykładam usta do kawy. – Bardziej karanie złych ludzi. Pozbywanie się brudnych i nikomu niepotrzebnych śmieci ze społeczeństwa jest interesującym, a nawet pożytecznym zajęciem.
– Co za ironia. Właśnie rozmawiasz z jednym delikwentem, przystojnym, ale jednak.
– Znalezienie Jeffa jest moim priorytetem, a my... hm, na razie zawieszamy broń. Moje ideały nie mogą stanąć ponad ludzkim życiem.
– Czy to nie także pewien rodzaj ideału? Widocznie świat jest ich zbyt pełny i tracą na wartości. – Spogląda na mnie z góry. – Z czego się śmiejesz?
– Masz na myśli nieidealne ideały? Po prostu ktoś mi już o tym kiedyś powiedział: żyjemy w idealnie nieidealnym świecie pełnym nieidealnych ideałów.
– Niecodzienne stwierdzenie. – Spogląda na swoje buty. – Jednak nie interesują mnie takie ograniczenia. Kiedyś znikną razem ze mną, więc czemu służą?
– Wolisz dążyć do celu po trupach? – Uśmiecham się kącikiem ust.
– Tak jest wygodniej i prościej. Nie lubię skomplikowanych rzeczy. Może ty od zawsze dostawałaś co tylko chciałaś, ale ja muszę zdobyć wszystko na własną rękę, nie licząc się z kosztami.
Przez chwilę patrzymy sobie w oczy. Oboje próbujemy odkryć nasze prawdziwe myśli, tocząc niemą bitwę, a przestrzeń, która nas dzieli, zdaje się być polem krwawej szachownicy. Pytanie tylko, kto z nas jest tak naprawdę zwykłym pionkiem, a kto królem?
Przenikliwe spojrzenie Wesa nie pozwala mi odwrócić wzroku i uświadamiam sobie, jak niewiele o nim wiem. Puste informacje na stosach kartek są jedynie zasłoną, bo to co prawdziwe pozostaje ukryte. Głęboko w srebrnym morzu jego oczu.
Stoimy obok siebie w milczeniu, obserwując ludzi pospiesznie przemierzających ulice Richmond.
– Kim dla ciebie jest ten cały Jeffrey? – pyta znienacka, a ja wrzucam pusty kubek po kawie do kosza obok, nawet nie patrząc w jego stronę.
Opieram się bokiem o ogrodzenie, wbijając wzrok w rozległy dziedziniec pokryty warstwą śniegu.
Kim dla mnie jest Jeff?
Choć miałam wiele okazji, by zastanawiać się nad moimi uczuciami, nigdy nie mogłam tego dokładnie określić. Spotkanie go było tak naturalne, jak naturalne stały się nasze wypady na plac zabaw zaraz po szkole. W jego towarzystwie czułam się swobodnie, pozbawiona wszelkich zakazów, jakie wiązały mnie w towarzystwie rodziców i ich dystyngowanych znajomych. Wszyscy ci wydawali się znajdować poza moim zasięgiem, choć sama byłam taka jak oni – sztywna i arogancka. Pośród tłumu ludzi, których spotkałam, jedynie Jeff się wyróżniał. Miał w sobie niewymuszone ciepło, jakiego nie znalazłam w nikim innym. Możliwe, że to dzięki niemu przełamałam swoje wewnętrzne bariery i chwyciłam jego rękę, gdy najbardziej tego potrzebowałam. Było to dla mnie niezwykłe i całkiem nowe doznanie – mieć kogoś, kto nie patrzy na ciebie jak na ozdobę, lecz człowieka, który również czuje.
Spędzaliśmy ze sobą wiele czasu rozmawiając, bawiąc się jak najlepsze rodzeństwo pod słońcem, ale jednocześnie nie czułam do niego tego, co do Daniela. Kiedy byłam z Jeffem, nie kontrolowałam swoich emocji. Nie potrafiłam. Wtedy po raz pierwszy zapragnęłam czegoś więcej od samej siebie, bym mogła ofiarować to jemu. Powoli stawał się moim najbliższym przyjacielem, lecz to nie wszystko.
Byłam bardzo zachłanna.
Spoglądam na prószący śnieg i wyobrażam sobie mnie idącą powoli tuż obok Jeffa. Oboje spacerujemy w tym samym tempie, nie spiesząc się i rozprawiając o błahych rzeczach, trzymając w dłoniach nasze pełne nowych zdjęć aparaty.
Przypominam sobie mroźny, zimowy dzień, gdy wracaliśmy z urodzin naszego kolegi. Pamiętam, że graliśmy wtedy w prawda czy wyzwanie, a gdy nadeszła moja kolej tuż przed samym końcem przyjęcia, nie byłam w stanie wykonać mojego zadania, bo było zbyt zawstydzające, by wykonać je na oczach wszystkich.

– Jeff – mówię i czekam, aż się odwróci.
Nie mija sekunda, kiedy świdruje mnie swoimi jasnoszarymi oczami, w których odbija się blask latarni. Obłoczek pary wydostaje się z jego ust.
Później nie będzie już okazji. Muszę zrobić to teraz.
Pokonuję dzielący nas dystans, robiąc dwa szybkie kroki. Moje serce bije jak oszalałe, jednak nie waham się ani chwili. Drżącymi z zimna ustami muskam delikatnie jego policzek, pozostawiając na nim pocałunek, na który zbierałam się zbyt długo. Zaskoczenie na jego twarzy miesza się z pojawiającym się rumieńcem zawstydzenia.
Patrzy wprost na mnie, nie mogąc wydusić ani słowa.
– Wygrałam – rzucam hardo i uśmiecham się szeroko.
Śnieg delikatnie prószy, pozostawiając na ziemi cieniutką warstwę białego puchu. W tym momencie wydaje mi się nieporównywalnie piękny i magiczny. Zupełnie jakby z nieba spadały kryształowe łzy szczęścia. Osobno nie są w stanie długo przetrwać, lecz razem tworzą coś niezwykłego. Nieskazitelną biel.
– Do jutra – mruczy niewyraźnie pod nosem, a kiedy napotykam jego spojrzenie, szybko unosi kąciki ust, jakby ledwo powstrzymywał się przed uśmiechem.
Biały płatek śniegu opada na jego mały nos. Od teraz to prawdopodobnie mój ulubiony kolor.

Wes czeka cierpliwie na moją odpowiedź, bawiąc się telefonem, jakby to co powiem, nie miało żadnego znaczenia lub chce, bym tak sądziła. Może nadal ma nadzieję, że będzie taki jak inni, skoro nawet zimny robot potrafi martwić się o kogoś poza sobą. Mogę w jednej chwili zniszczyć jego mrzonkę, jednak coś mnie od tego powstrzymuje, gdy spoglądam z ukosa w jego przeklęte szare oczy tak podobne do oczu Jeffa.
Odpowiadam cicho:
– Kocham go i nigdy nawet mu tego nie powiedziałam. – Przechylam głowę na bok, jakby niewidzialna nitka, która mnie podtrzymywała przez te osiem lat nagle pękła. – Nie mogę się poddać i nie obchodzi mnie, czy to co czuję jest według innych prawdziwe lub nie.
Wes milczy.
– Sama nie dam rady. Nie jestem wystarczająco silna, dlatego cię potrzebuję... Hej, Wes, możesz mi pomóc? Odnajdziesz go?
– Dlaczego płaczesz? – pyta przyglądając mi się, jakby widział mnie po raz pierwszy.
– Choć przez chwilę... Choć przez chwilę chcę przestać się uśmiechać.
Mój głos drży, a łzy lecą mimowolnie. Nie mogę ich zatrzymać i nawet tego nie chcę.
– To nie tak żebyś robiła to zbyt często. – Szturcha mnie nieporadnie łokciem.
– Masz rację – parskam i ukrywam twarz w dłoniach.
Gdy je odsunę, wszystko powinno wrócić do normy, a przynajmniej mam taką nadzieję.





Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Layout by Alessa Belikov