25 kwi 2017

7. Czarny Wilk



Wes






Mija prawie pół godziny, nim Vivian ociera ostatnie łzy i zerka na mnie pospiesznie. Prycham w myślach. Czy jej schizoidalne zaburzenie osobowości to ściema, czy tylko mam takie wrażenie? Już po raz kolejny rozpłakała się tuż przede mną, całkowicie odkrywając swoją prawdziwą twarz. A może tylko ten chłopak wywołuje w niej takie emocje? Samo jego wspomnienie doprowadza ją do rozpaczy i szaleństwa. Kim on do cholery jest? Jak mógł tak łatwo nią zawładnąć? 
Albo... jak ona mogła tak łatwo pozwolić się uwięzić. 
– Zawieź mnie do Samanthy – mówi, po czym marszczy brwi. – Na co się tak gapisz?
– Na nic. – Wkładam rękę do kieszeni i wyciągam kluczyki.
Uczucia tylko zawadzają, jeśli nie potrafi się ich kontrolować. 

Do domu Michealisów przyjeżdżamy za niecałe dwadzieścia minut, a drzwi otwiera uśmiechnięta Samantha, która od razu zamyka Vivian w żelaznym uścisku. 
– Dzięki, że wpadłaś! – mówi radośnie, po czym zerka na mnie znad ramienia Vivian i macha ręką. 
Doprawdy, nieczęsto spotykam tak otwarte osoby.
Odsuwam szybę samochodu i uśmiecham się sztywno. Zimne powietrze wpada do środka, dając uczucie świeżości, którego mi brakowało. Włączam radio. Odsuwam siedzenie i opieram się wygodnie, wystukując palcami rytm nadawanej piosenki, której tytuł wyleciał mi z głowy. 
Wzdycham cicho. Kto mógłby być najbardziej skuteczny w odszukaniu Cantone’a? Znam kilka osób, których kontakty tworzą rozległą sieć w całym podziemiu, ale to nie gwarantuje, że doprowadzą nas do właściwej osoby, jeśli nie sprawimy dobrego wrażenia. W tym biznesie liczy się dyskrecja i dobre relacje, a cóż… z niektórymi mam na pieńku. 
Drapię się po głowie.
Chyba powinienem złożyć wizytę Rossowi. Ile to już minęło, od kiedy ostatnio się widzieliśmy? Chyba dobre trzy lata. Mimowolnie się uśmiecham. To były piękne czasy. Stosy zleceń i trupów. To właśnie dzięki temu zasłynęliśmy w Nowym Yorku jako Czarne Wilki, które zawsze skutecznie dopadały ofiarę. Razem stanowiliśmy zgrany zespół, który jednak nie trwał długo, bo po paru miesiącach przeniosłem się z Simonem do innego miasta. 
Tułaliśmy się od miejsca do miejsca, nigdzie długo nie zabawiając. Ciekawe, ile zostaniemy w Richmond. Czy teraz też powinienem z nim odejść? Sam nie wiem, czy chcę tu zostać, ale skoro mam pewną pracę, to czemu nie? Simon będzie musiał poradzić sobie beze mnie. 
Może to najwyższa pora, by to wszystko zakończyć. Nigdy nie pasowałem do jego stadka gangsterów, bawiących się w rodzinkę, ale gdyby nie on, prawdopodobnie nie poradziłbym sobie po śmierci Elen. 
Ten samotny i pozbawiony celu dzieciak już nie istnieje.
Zamykam oczy i nucę Eleanor Rigby Beatlesów. 

All the lonely people
Where do they all come from?
All the lonely people
Where do they all belong?
   
Sięgam po komórkę i wykonuję kilka telefonów.

Po dwóch godzinach Vivian wychodzi z domu i wydaje się być w lepszym humorze niż wcześniej. Nawet wysiliła się na lekki uśmiech w moją stronę.
Jak miło.
– Chciałabym jak najszybciej spotkać się z osobą, która pomoże mi znaleźć Jeffa.
– Możemy tam pojechać w każdej chwili, jednak na to musisz się najpierw przygotować.
– W jakim sensie? – Unosi brew.
– Powiedz rodzicom, że śpisz u koleżanki. Mam też nadzieję, że znajdzie się w twojej szafie parę fikuśnych ciuszków.
– Czyli to takie miejsce.
– Spodziewałaś się innego?
– Nie. – Kręci głową ze śmiertelnie poważną miną. – Powinnam wiedzieć coś jeszcze?
– Nie zwracaj na siebie większej uwagi i niech nie zdziwi cię liczba małolatów w klubie. Połowa osób ma fałszywe dowody, ale nikogo to zbytnio nie obchodzi. Przy wejściu będą nas sprawdzać, ale to wszystko jest tylko na pokaz, aby sprawiać wrażenie legalnego interesu.
– Wprost nie mogę się doczekać. – Krzywi się, po czym wzdycha cicho. – Mam nadzieję, że wszystko pójdzie dobrze. 

Wchodzimy w ciemną uliczkę, która rozciąga się pomiędzy dwoma ogromnymi starymi blokami. W powietrzu unosi się zapach metalu i śmieci, które wypadają z przepełnionych koszy. Stukot wysokich obcasów Vivian odbija się echem i przez dłuższą chwilę ten dźwięk jest jedynym, który wypełnia duszącą przestrzeń uliczki, aż nie docieramy na miejsce. Drzwi klubu ozdobione wymyślnym graffiti nawet nieźle tłumią dudniącą muzykę. 
Dołączamy do kolejki osób i zerkam szybko na dwóch łysych mężczyzn, którzy pełnią rolę ochroniarzy. Wyglądają, jakby całe dnie spędzali na siłowni. 
– Skończ się tak rozglądać. Nikt cię tu nie zobaczy – mówię cicho do Vivian.
Obejmuję ją ramieniem najbardziej naturalnie, jak potrafię i uśmiecham się od ucha do ucha. Vivian sztywnieje pod moim dotykiem.
– Jeszcze nie widziałam cię takiego swobodnego. Stare śmieci przywołują wspomnienia? Musisz mieć tu wielu znajomych.
– Tylko kilku, dlatego wolałbym na początku nie zwracać na siebie większej uwagi. Trzymamy się pierwotnego planu. 
– Nigdy nie sądziłam, że będę udawać czyjąś zabawkę. – Kładzie rękę na moim boku i uśmiecha się szeroko, jakby za chwilę miała spędzić najlepszy wieczór w swoim życiu.
Kiedy wchodzimy do środka, od razu uderza mnie zapach przeróżnych perfum wymieszanych z potem i odór alkoholu. Parkiet wypełniają dziesiątki osób poruszających się w rytm muzyki, która na moment mnie ogłusza. Przeciskam się z Vivian do baru i zamawiam dwa drinki na rozluźnienie. Początkowo nie chce nic wypić, ale po chwili przestaje się opierać. W sumie nie ma większego wyboru. Może przestanie się tak stresować. Siedzi lekko przygarbiona i stara się unikać kontaktu wzrokowego z kimkolwiek. Poprawia się na stołku barowym, próbując naciągnąć bardziej na nogi krótką czarną sukienkę.
Jakiś pijak ociera się o mnie ramieniem i bełkocze coś niewyraźnie, po czym znika wśród tłumu. Hucząca muzyka powoli przestaje mi przeszkadzać i popijając drinka, omiatam spojrzeniem całą salę. Migające światła nie przeszkadzają mi dostrzec kilku ludzi Rossa obstawionych przy dwóch wejściach: jednym, którym weszliśmy i tym znajdującym się za małą sceną z całym sprzętem i głośnikami. Jednak najwięcej ochroniarzy jest na lewo od baru, gdzie zaczyna się przyciemniony korytarz. Przyglądam się temu miejscu nieco dłużej.
Nie mogłem skontaktować się z Rossem. Nawet Hank nie miał jego numeru. Jedyne, co wiem, to tyle, że skurczybyk rok temu zaszył się w swoim klubie w Baltimore i od tej pory zajmuje się różnymi zleceniami, między innymi też osób z góry. 
Nachylam się do ucha Vivian.
– Chodź za mną! – krzyczę i łapię ją za nadgarstek. 
Ruszamy prosto w stronę korytarza i, tak jak się spodziewałem, zostajemy zatrzymani przez napakowanych, łysych debili. 
– Czego tu?! – odzywa się groźnie jeden z nich z wytatuowanym na przedramieniu wężem.
– Jestem starym znajomym waszego szefa, przekażcie mu, że Wes przyszedł w odwiedziny. – Uśmiecham się.
– Spieprzaj stąd albo będziesz wpierdalał własne zęby.
Dlaczego w ogóle się łudziłem, że plan A wypali. To zawsze musi się tak skończyć.
Odwracam się do Vivian. 
– Odsuń się na chwilę.
Błyskawicznie wyciągam zza paska nóż i przykładam go do gardła Węża. 
– Wpuścicie nas po dobroci czy nie?
Kątem oka widzę, jak pozostali ruszają w moją stronę z podniesionymi pięściami. Jednym ruchem podcinam Wężowi gardło i popycham jego ciało na resztę. Odpycham kolejnego kopniakiem i trochę zbyt późno odchylam się przed nadchodzącym ciosem. Czuję ostry ból nad okiem, a krew spływa mi powoli z łuku brwiowego. 
Kurwa.
Obracam nóż pod innym kątem i jednym pchnięciem wbijam go w brzuch mężczyzny. A więc zostało trzech?
Ostrożnie cofam się dwa kroki i szukam wzrokiem Vivian. Stoi w kręgu podekscytowanych gapiów. Wykrzykują w naszą stronę jakieś słowa.
Ruszam na nich biegiem, w ostatniej chwili unikając noża jednego z nich. 
Śmieszne, że Ross nie zapewnił wszystkim swoim chłopcom broni, ale zawsze był pewnym siebie dupkiem.
Staram się oddychać równomiernie i wymierzać szybkie ciosy na jak najkrótszym dystansie. Czekam na odpowiedni moment, aż się odsłonią i będę mógł bez problemu załatwić ich nożem. 
Już tak długo nie walczyłem z tyloma osobami naraz. Nareszcie trochę zabawy!
Kopniakiem z półobrotu wytrącam nóż facetowi z charakterystycznym wąsem i szybko przejeżdżam ostrzem po jego szyi. Krew tryska mi na ubranie. Od razu zamierzam się na kolejnego. Sukinsyn jest silniejszy, niż sądziłem. Dostaję dwa razy w brzuch pięścią i na chwilę tracę oddech. Skurwiel jest niezły, ale na pewno nie pozwolę się teraz pokonać. Nie po tym, przez co musiałem przejść. 
Odrzucam nóż na bok i powalam go na ziemię. Siadam na nim okrakiem i okładam pięściami najszybciej, jak potrafię. Kostki pieką mnie niemiłosiernie, ale nie przestaję. Jego twarz jest niemal cała czerwona od krwi, jednak w końcu udaje mu się mnie z siebie zrzucić. Upadam na bok i kopię go w kolano. Mężczyzna klnie siarczyście i łypie na mnie morderczym spojrzeniem. Sięgam po mały nóż ukryty w bucie i jednym ruchem wbijam mu go w oko. Rozlega się głośny wrzask, który na moment zagłusza muzykę. 
Ludzie wyglądają na w pełni usatysfakcjonowanych jatką, zaczynają pogwizdywać i śmiać się w chorym amoku. 
Wstaję powoli z podłogi i ścieram krew z oka.
– Droga wolna – mówię do Vivan, która bez słowa rusza za mną pewnym krokiem na szpilkach. Jej twarz nie zdradza żadnych emocji.
Idziemy ciemnym korytarzem, który prowadzi tylko do jednych drzwi. Naciskam klamkę i bez oporu wchodzimy do środka. 
Pomieszczenie jest duże i dużo jaśniejsze od sali klubowej. Mrużę oczy.
Przy dużym biurku dostrzegam Rossa, który z wystawionymi nogami na blacie opiera się wygodnie na skórzanym fotelu. Nawet jeśli go zaskoczyłem tą nagłą wizytą, nie daje tego po sobie poznać. Mierzy nas wzrokiem spod przymrużonych powiek. Zmienił się nieco na twarzy, jednak zamiłowanie do czerwonych włosów i kolczyków w uszach nadal mu pozostało.
Nim zdążę coś powiedzieć, Vivian robi krok do przodu.
– Nazywam się Vivian Faroe i chcę kogoś odszukać.
– Faroe? – Przygląda się jej z zaciekawieniem. – Córka tego Faroe?
– Kopę lat, Ross – mówię i siadam na jednym z krzeseł naprzeciw biurka. – To jak, pomożesz staremu kumplowi i jego podopiecznej?
– Słyszałem, że znalazłeś robotę jako ochroniarz, ale nie spodziewałem się, że będziesz robił dla takiej szychy. – Ściąga nogi z biurka i przeciąga się leniwie. – Zaskakujesz mnie, Wes. Wchodzisz na mój teren, sprzątasz moich ludzi, a teraz jak gdyby nigdy nic prosisz o przysługę? – Odwraca w naszą stronę ekran monitora, na którym widzę kilka pomniejszonych obrazów przedstawiających różne części klubu. 
Czyli obserwował całe zajście z kamer. 
– Proponuję interes, a następnym razem lepiej wychowaj swoich chłopców. Nie powinni prowokować osób, które grzecznie proszą o spotkanie z tobą.
– To niebezpieczne czasy, więc nie można nikomu ufać, ale widzę, że oberwałeś w mordę. Kiedyś nawet by cię nie zadrapali. – Rozkłada ręce i śmieje się cicho. – Wyszedłeś z formy, Czarny Wilku.
Uśmiecham się kącikiem ust. 
Gnojek.
– Skoro macie już za sobą to ckliwe przywitanie, przejdźmy do rzeczy.
– Konkretna z ciebie dziewczyna, można się było tego spodziewać po córce biznesmena. – Ross przekrzywia lekko głowę i uśmiecha się szelmowsko. – Na dodatek bardzo piękna. 
– Masz szczęście, że nie ma tu twojej siostry, Ross. 
– Cóż poradzę, że moje serce należy do wszystkich ślicznotek, a zwłaszcza do mojej kochanej siostrzyczki. Ale dość już o tym, pogadajmy najpierw o kasie. – Opiera łokcie na biurku i splata palce.
– Wolę zapłacić w gotówce, jeśli nie masz nic przeciwko. – Vivian patrzy mu prosto w oczy. 
Ross długo nie odpowiada, podtrzymując jej spojrzenie. Sprawdza ją.   
Do pokoju wpada zdyszany mężczyzna, który wygląda bardzo podobnie do tego, którego widziałem przy wejściu.
– Szefie – odzywa się z trudem pomiędzy ciężkimi oddechami. – Zajęliśmy się ciałami, jak kazałeś. 
Na jego pomiętej koszuli widnieją ślady krwi. 
– Wyśmienicie – cmoka Ross, po czym uśmiecha się zjadliwie. – A teraz wypierdalaj. 
Mężczyzna zerka na mnie nieufnie, jednak bez słowa szybko opuszcza pomieszczenie. 
Ross wyciąga z kieszeni scyzoryk i zaczyna się nim bawić.
– Gotówka jak najbardziej mi odpowiada, pytanie tylko, kiedy ją dostarczysz. 
– Na razie mogę dać ci jedynie zaliczkę, resztę dostaniesz, gdy wykonasz robotę.
– Chcę połowę.
– Nic z tego. – Vivian wbija w niego ostre spojrzenie. – Skąd mam wiedzieć, czy nie uciekniesz z kasą. 
– Zawsze wykonuję robotę do końca, moja droga. – Przejeżdża kciukiem po ostrzu. – Dajesz połowę albo nici z umowy.
– To ty najwięcej na tym stracisz. Mogę udać się do kogoś innego.
Vivian jest nieugięta. Wyciągnięcie z konta sporej sumy to dla niej żaden problem, jednak stracenie forsy dla oszusta to już inna sprawa. Nie wygląda na taką, co łatwo daje się zrobić w konia i nie dziwię się jej, że nie chce zaufać Rossowi. Jednak jeśli chce odnaleźć tego całego Jeffa, musi odłożyć dumę na bok. 
Zdaję sobie sprawę, że jest upartą osobą, ale nie sądziłem, że tak łatwo przyjdzie jej negocjować z kimś takim jak Ross. Na początku sądziłem, że będzie siedzieć cała struchlała i sam będę musiał przejąć jej rolę. Dziewczynka z dobrego domu pokazała pazurki i nawet nie drgnęła, gdy zabijałem tamtych kolesi. Albo jest silniejsza, niż sądziłem, albo zdrowo stuknięta.
Z trudem muszę przyznać, że trochę mi zaimponowała. 
– Twarda z ciebie sztuka. Jeśli ładnie poprosisz, zgodzę się na czterdzieści procent na początek. 
– Trzydzieści pięć. 
Może powinna się zgodzić na te czterdzieści procent? Z nim łatwo nie wygra, a szukanie kolejnej osoby będzie kłopotliwe. Ross jeszcze nigdy mnie nie oszukał, ale nie mam też do niego całkowitej pewności.  
Wbijam wzrok w czubki butów i kątem oka zauważam jakiś ruch. 
Trzęsą się jej dłonie! Prycham w myślach. Jej opanowanie było zbyt nienaturalne i dziwię się sam sobie, że się na to nabrałem. 
Ross wzdycha przeciągle. 
– Zgodzę się na trzydzieści pięć pod jednym warunkiem. 
– Jakim? 
– Gdy poproszę cię o przysługę, spełnisz ją bez sprzeciwu. 
– Czy to jakaś obecna moda na te bliżej nieokreślone przysługi? – mówi Vivian kąśliwie, zakładając nogę na nogę. 
– Nie ufaj mu, jeszcze poprosi, byś udawała jego nową dziewczynę przed byłą – ostrzegam ją. 
Ross zaczyna się śmiać. 
Zapędził nas w kozi róg. Vivian musi zapłacić tyle, ile on żąda lub zrobić to, o co poprosi. Nie znam go szczególnie długo, ale jedno, co mogę o nim powiedzieć na pewno to to, że jest nieprzewidywalny. Na jej miejscu wolałbym jednak zapłacić.
– Może lepiej… – zaczynam, lecz Vivian nie daje mi skończyć.
– Zgoda – mówi z pewnym siebie uśmiechem i tajemniczym błyskiem w oku.
Oby tego nie żałowała. Cholera, jeśli coś się jej stanie, mocno oberwę. 
– Skoro kwestię pieniędzy mamy już omówioną, przejdźmy dalej. – Ross opiera podbródek na dłoni i uśmiecha się promiennie. – Kogo szukamy?

Wracamy do samochodu, który zaparkowałem parę przecznic dalej, aby nie kusić zbytnio okolicznych złodziei. Noc jest wyjątkowo zimna i muszę mocniej okryć się płaszczem. 
Gdyby nie to, że zauważyłem trzęsące się ręce Vivian, nabrałbym się na jej niewzruszoną postawę tak samo jak Ross. Chociaż jest córką jednego z najlepszych biznesmenów to wciąż przestraszona dziewczynka, która nie ma bladego pojęcia o świecie. Dlatego potrzebuje kogoś, kto pomógłby jej w nim przetrwać. 
Czy gdyby jako dziecko była zmuszona żyć na ulicy, to umarłaby z głodu po paru dniach? A może padłaby ofiarą okolicznego gangu? Jest słaba fizycznie i psychicznie, opiera się na złudnej nadziei, żyjąc zamknięta w swojej szklanej kuli. To oczywiste, że ktoś taki jak ona długo by nie przetrwał, ale ten błysk w oku, który dziś zobaczyłem, sprawia, że nie jestem już tego tak do końca pewny. Upór i niezachwiana chęć życia mogą okazać się skuteczniejsze niż wrodzony spryt. 
Wiem to lepiej niż ktokolwiek inny.
Wchodzimy na niewielki parking, na którym znajduje się jedynie kilka samochodów.
– Spodobałaś się Rossowi. 
– Co masz na myśli? – Vivian patrzy na mnie ze zdziwieniem. 
– Lubi konkretne i pewne siebie osoby. Chociaż jego osądy nie zawsze są zgodne z prawdą. Trudno go oszukać, ale tobie najwyraźniej się to dziś udało. 
Prycha cicho. 
– Szybko mnie przejrzałeś?
– Niestety nie. Prawie się nabrałem.
– A więc sukces.
Wzdycham. 
– Jeszcze wiele ci brakuje, więc nie ciesz się tak szybko. 
– Myślisz, że o tym nie wiem? – Uśmiecha się słabo. – Ale jestem gotowa zrobić wszystko, by mój plan się powiódł. 
Czyżby?
– To tylko puste słowa. Co możesz zrobić oprócz przelewania kasy? Zastanawiałaś się już, co zrobisz, gdy odszukasz osobę, która go porwała? A może znajdziesz tylko martwe ciało. Będziesz dalej szukać mordercy? Zabijesz go?!
Podnoszę głos i orientuję się o tym zbyt późno. No nic, mleko się rozlało. Pewnie obrzuci mnie nienawistnym spojrzeniem lub znów rozpłacze się jak dziecko. 
Ech, zawsze miałem zbyt cięty język.
– Słuchaj… – zaczynam spokojnie, jednak Vivian szybko unosi rękę i łapie mocno kołnierz mojej koszuli.
Przez jej silny uchwyt muszę się pochylić, a ona przybliża twarz niebezpiecznie blisko. Dwukolorowe oczy świdrują moją duszę. Nie mogę nigdzie przed nimi uciec, więc tak samo wpatruję się w nią zdecydowanie. 
– Jeśli będzie taka potrzeba, zabiję każdego, kto wejdzie mi w drogę – cedzi przez zęby. – Tyczy się to również ciebie.
– Ostre słowa jak na tak śliczną buźkę – kpię. 
– Dokładnie mi się przyjrzyj. Nie możesz powiedzieć, że kłamię.
Ma rację. W jej oczach nie dostrzegam cienia wahania, a mimo to nie potrafię do końca uwierzyć w te słowa. Dlaczego tak jest? Nie umiem na to odpowiedzieć. Może po prostu nie potrafię ufać ludziom. Nigdy nie zaufałem nikomu bezgranicznie. Zawsze jakaś część mnie nakazywała mi pozostać czujnym i spodziewać się kłamstwa. 
W przypadku jeśli się zawaha, oboje jesteśmy skończeni. To nie jest niewinna zabawa w detektywów. Ona też zdaje sobie z tego sprawę. Jeden błąd i wszystko szlag trafi. Zgodziłem się na jej nieprawdopodobną propozycję i nie mogę się już wycofać. Może powinienem to lepiej przemyśleć? Jednak bez ryzyka nie ma zysku. 
Nie ma zemsty bez ofiary. 
Co nie, Vivi? Jak bardzo chcesz się zemścić? Czy śmierć nie jest zbyt prosta...?
Szum samochodów przejeżdżających ulicą nasila się. Ile minęło już czasu, odkąd stoimy tak blisko siebie? 
Vivian nie poluźnia uścisku. Muszę podjąć decyzję. 
Muszę jej zaufać.
– Jaki jest twój następny ruch? – pytam, przerywając tę nieznośną ciszę pomiędzy nami.
W końcu mnie puszcza i odsuwa się powoli. Na jej twarzy pojawia się kpiarski uśmieszek, jakby od początku wiedziała, że nie zrezygnuję.
– Naucz mnie wszystkiego, co potrzebne. 
Pocieram kark wierzchem dłoni. 
Wszystko zaczyna się coraz bardziej komplikować.



Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Layout by Alessa Belikov